Faith And The Muse, Meraluna 12/13 sierpień 2000 r. Hildesheim, Niemcy.

            Z pośród wielu znakomitych grup, jakie miały zagrać podczas festiwalu Meraluna 2000, bardzo oczekiwałem na występ Faith And The Muse. Ten amerykański zespół, to przede wszystkim dwie postaci. William Faith, muzyk - Christian Death (z płyt Rozz'a Path Of Sorrows'93 i The Rage Of Angels'94), a także Mephisto Walz, Catastrophe Ballet, The Eternal Afflict, Wreckage. Monica Richards wokalistka - Madhouse i Strange Boutique.

 

            Faith And The Muse po pojawieniu się na scenie bardzo serdecznie przywitał się z publicznością. Zaczęli występ od wykonania swoich rockowych utworów. William w czarnych szatach, z lekko białym makijażem na twarzy, skupiając się na grze, stwarzał wrażenie osoby nieobecnej myślami na scenie. Swoim spokojnym stylem bycia, wyróżniał się na tle całego zespołu. Reszta grupy natomiast, bardzo energicznie zaangażowała się w występ. Szczególnie dało się to zauważyć podczas wykonywania utworu "The Silver Circle", który to za sprawą chwytliwego refrenu (come alive) "rozkręcił" publiczność. Tak na marginesie, szczyty zabawy wśród tych ludzi, to przestępowanie z nogi, na nogę. Dla osoby, która bywa na polskich koncertach, jest to bardzo inne zachowanie. Swobodnie stojący ludzie wydają się przestraszeni, a dojście prawie pod samą scenę nie sprawia żadnego kłopotu. Niezależnie od artysty aktualnie występującego. 


            Po pewnym czasie, muzycy zamienili gitary na różnego rodzaju bębny, kotły itp. Niestety fachowych nazw tych instrumentów nie znam. W każdym razie zaczęła się część koncertu, która ukazywała folkowo-średniowieczne oblicze grupy. Faith And The Muse sprawił tym faktem miłą niespodziankę, gdyż myślałem, że nie będą w stanie, ze względu na instrumentarium, zagrać owych utworów na żywo. Podczas wystukiwania szybkich rytmów na bębnach, nawet William okazywał radość, a taki charakter miał większość tych kawałków.

            Monica z wdziękiem biegała wzdłuż sceny, charakterystycznie trzymając rękę na biodrze. Jest to osoba z niewątpliwie wielką charyzmą, która swoim kobiecym wdziękiem, potrafiła zjednać sobie publiczność.
Na koniec swojego występu, zespół ponownie sięgnął po gitary. Lecz teraz rozbrzmiewały utwory, w których to wokalami głównie zajął się William. W śród nich znalazł się ten najlepszy-" The Hand Of Man". 
Po ponad godzinnym występie zespół zszedł ze sceny. W takich chwilach zawsze czuje się niedosyt.
Sądząc po aplauzie, większa część około 200-tysięcznej publiczności była podobnego zdania. Burza oklasków spowodowała, iż grupa pojawiła się ponownie, by zagrać ostatni utwór.

Jarek