"Danzig Waltz?"

11 maja ok. 23:00, ostra nerwówka przed wyjazdem, gorączkowe sprawdzanie sprzętu i innych niezbędnych klamotów... 12.05, godzina 0:05 zaczyna się, wyszedłem po ukochaną i raźnym krokiem ruszyliśmy w kierunku stacji PKP. Planowy odjazd pociągu opóźnił się o godzinę... Około piątej rano byliśmy już w Poznaniu, robiło się coraz cieplej (dosłownie i w przenośni). Godzina 10:25, Gdańsk Główny. Razem z Olą szukamy Rudego Kota (babcie patrzą na nas jak na niewyżytych hycli: "ooo widzi pani" - komentarz - "kotów szukają gówniarze"), kiedy wyjaśniamy, że chodzi nam o klub, uzyskujemy niezbędne informacje... Około jedenastej grzejemy już miękkie hokery przy barze, miła rozmówka z barmanką Anią, która "wprowadziła" nas do rudego świata... 

Wczesnym popołudniem zjawiła się ekipa organizacyjna. Zapoznano nas z planem i przebiegiem imprezy. "Jak już się kapela ustawi, to tutaj sobie wejdziecie i zrobicie z nimi wywiad" - zapewniał Jacek - jeden z organizatorów. Wszystko zapowiadało się całkiem ciekawie. Zespół Christian Death miał zawitać ok. szesnastej, według szefostwa Conquer Records (organizator koncertu - red.) wszystko było zaplanowane co do minuty. Postój na granicy, przejazd przez polskie bezdroża, ciepły obiadek, próba dźwięku, wreszcie chwilka dla "reporterów", występ, a na koniec balanga do białego rana w pobliskim klubie "Forteczna". "Cud, miód i orzeszki" - pomyślałem - lepiej być nie może. Razem z moją "lepszą połową" przygotowywaliśmy się do wywiadu. Podenerwowanie wzrastało - przynajmniej u mnie - w końcu nie codziennie ma się możliwość porozmawiania z jedną najważniejszych osobistości w dziejach rocka gotyckiego. Godziny mijały... Próbę dźwięku przeszły pomyślnie April Ethereal i Artrosis. Z całej muzycznej gromadki chyba tylko Maciek Niedzielski dobrze się bawił. 

Dochodziła już prawie szósta, czyli godzina rozpoczęcia imprezy, a Valor i spółka jeszcze się nie zjawili... Atmosfera zagęszczała się, na twarzach organizatorów i muzyków supportujących pojawił się grymas zniecierpliwienia... Wreszcie parę minut po godzinie "zero" po schodach klubu nerwowo człapali członkowie Christian Death i ekipa organizacyjna. Zainstalowanie sprzętu zajęło sporo czasu, czego niemiłym efektem było ponad dwu godzinne opóźnienie występów. O obiecanym wywiadzie nie mieliśmy co marzyć. Wolny czas przed koncertem "Krystjany" przeznaczyli na posiłek i charakteryzację. Według wcześniejszych założeń zespół miał dać około dwugodzinny koncert, co niestety nie było możliwe - mogli grać tylko do godziny jedenastej, bo później mogłyby pojawić się problemy z sąsiadami "Rudego Kota"... 

Około 22:00 z głośników wydobyło się jakieś bliżej nieokreślone intro - szumy, grzmoty, delikatne skrzypce. Początek show okazał się pechowy, brak solidnej próby przed koncertem "zaowocował" sprzężeniami i innymi technicznymi problemami. Otwierający imprezę "Betrayal" wypadł średnio... Nieco mniejsze problemy były z nagłośnieniem "In Your Eyes", jednak wciąż brzmienie pozostawiało wiele do życzenia. Przy następnym kawałku basem "zajął się" Valor, a Maitri ze swoistym erotyzmem odśpiewała "Zodiac". Ktoś z publiki skandował "Sick of Love", które szybko zagłuszono numerem 10 z "Pornograficznego Mesjasza" - "Obscente Kiss". I znowu problemy z odsłuchami... "I know you can do it babe! (.) And a little bit more (.) Good boy!" - rzucał zgryźliwie Valor w stronę dźwiękowców. Po kolejnych pięciu minutach przerwy spragnione soczystego czadu towarzystwo usłyszało "Superstition and Fear", a chwilę później w kłębach dymu, wypowiadając zaklęciach voo-doo, odtańczyliśmy "Taniec Krwi". Ale prawdziwego "kopa" słuchaczom dał dopiero utwór, który otwierał krakowski koncert - "Dead Sorry". Chwilę po tym, z lekko opętańczym głosem (wychowanki zakładów penitencjarnych ;-) ), Maitri zaśpiewała "The Knife", obserwowałem twarz wokalistki dość dokładnie, można było odczytać z niej prawdziwe zaangażowanie i pewność siebie, płynącą z wypowiadanych słów - osobiście nie radziłbym komukolwiek zadzierać z tą panią, ona chyba naprawdę potrafiłaby zabić. ;-) 

Nieco przydługawa intro-solówka i nagle wolne duszne i mocne uderzenie utworu "Paited Aura". Według mnie nie ma utworu na "Born Again anti Christian", który uważałbym za słaby, ale ten jest dla mnie prawdziwym "master piecem". Może dlatego, że na płycie brzmi tak, jakby był produktem The Cure z czasów "Disintegration" a nie Christian Death... Na koncercie zabrzmiał bardziej surowo, po prostu wgniatał w parkiet. Ale wróćmy do imprezy. Pytanie do męskiej części czytelników - pamiętacie ostatni występ w Krakowie? Pamiętacie, co się działo przy "Fucking in Slow Moition"? Tym razem Maitri nie paradowała w seksownym body, ale jej ruch sceniczny i barwa głosu wręcz buchały erotyzmem... Aż mnie ciarki przechodziły. Dla równowagi i ku uciesze pań, następny utwór wykonał Valor - "Washing Machine". To by było wszystko na temat seksu. ;-) 

W kolejnym numerze wpadka gitarzysty - miał być "Pick a Boo", a on zagrał sobie "Malevolent Shrew", jednak w porę się zorientował. Valor nie oszczędził mu komentarza -"asshole" - warknął złośliwie. Wydawałoby się nieco infantylne "A ku ku" wywołało prawdziwy szał wśród publiczności (jeżeli przyjmiemy, że szał do ostre podrygiwania 200 osób). Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale to chyba przy tym utworze poniosło lidera i wchodząc na odsłuch poślizgnął się, i razem z nim spadł w publiczność, na szczęście nic się nikomu nie stało. Na koniec niejako już zapowiedziany "Malevolent Shrew". 

Zespół zakończył koncert. Publiczność chciała więcej, skandowanie "CHRI - STIAN - DEATH", ponownie sprowadziło grupę na scenę... "HE-RE-SY, HE-RE-SY..." Skąd ludzie to wiedzieli?!?! ;-o) Tak drodzy państwo, słowo ciałem się stało i polska publiczność mogła usłyszeć jeden z najbardziej kontrowersyjnych utworów Christian Death - "This is Heresy". To był już koniec występu, ale nie koniec atrakcji na tamten wieczór. 

Kapela ostro poprztykała się z organizatorem (i po części między sobą). Nie będę opisywał szczegółów, bo, mimo że sprawę poznałem bardzo dobrze (i od strony zespołu, i od strony organizatora), nie uważam się za osobę kompetentną do publikowania sądów na ten temat; a poza tym, to nie widzę jakichkolwiek powodów by to robić. Wspomniana kłótnia przekreśliła niemal całkowicie szanse na wywiad. Gdy zapytałem tour-managera zespołu, czy jest szansa na rozmowę z Valorem, odpowiedział "oczywiście, za 10 minut..." Dziesięć minut zaczęło się nam nieco dłużyć, więc razem z Olą postanowiliśmy uderzyć raz jeszcze. Kand właśnie pakował sprzęt na scenie, co chwila podchodził do niego ktoś z reszty kapeli. Każda taka rozmowa wyraźnie go złościła. Wyglądał na naprawdę wkurzonego, woleliśmy nie wywoływać go zbyt nachalnie, bo jeszcze byłby gotów zrobić użytek z maczety wiszącej przy pasie. W chwili, gdy znajdował się na skraju sceny udało nam się go namówić na rozmowę. 

Na wywiad miałem obiecane 15 minut, potem prosiłem o 10, ale zaistniała sytuacja pozwoliła jedynie na pięciominutową rozmowę. W tych trudnych warunkach udało mi się zadać jedynie cztery pytania wyrwane z kontekstu całego przygotowanego wywiadu. Zdenerwowany Valor udzielał jedynie krótkich i zdawkowych odpowiedzi. Po krótkiej rozmowie Ola wręczyła mu drobny prezent. Valorowi bardzo się spodobał. I na tym zakończyła się rozmowa, lider Christian Death został zawołany przez Maitri. Po rozmowie z nią i Tomkiem (organizator), nie miał już na nic ochoty. Jakimś cudem udało się go namówić na pamiątkowe zdjęcia z kilkoma wytrwalcami ("rodzinka" z rockmetal.pl i jeszcze jedna dziewczyna - chyba Magda). To wszystko jeżeli chodzi o oficjalną część imprezy. 

Na "zapleczu" Ola i ja zamieniliśmy jeszcze parę zdań z gitarzystą. Pytał jak nam się podobało show i w ogóle. Zapytał też dla kogo pracuję, odpowiedziałem, że prowadzę stronę internetową. Kiedy się dowiedział, iż jest to serwis w całości poświęcony Christian Death, bardzo go to ucieszyło i zdziwiło jednocześnie. Wziął wizytówkę i obiecał zajrzeć na witrynkę. Jeszcze przez jakieś 40 minut Valor i spółka krzątali się za sceną. W międzyczasie wpadł Jacek (organizator) i powiedział do Oli "Chodź, będziesz tłumaczyła". Nie wiedziałem, co się w tym momencie kroi, ale chwilę później moja dziewczyna przeżyła chyba najbardziej ekscytującą godzinę w swoim życiu. Pojechała zameldować zespół do hotelu. W czasie drogi już na spokojnie z nimi porozmawiała. Powiedzieli, że mimo małej publiczności, koncert bardzo im się podobał. Zdarzało im się grać dla ludzi, którzy przez cały występ stali jak wryci... Ach ta polska spontaniczność. ;-) Zespół zaproponował nam nawet wspólny nocleg, a rano odwiezienie lub nawet dwudniowe tournee, ale z tego nic już nie wyszło... Chyba tylko z naszej winy... 


Około trzeciej nad ranem byliśmy na dworcu PKP, wciąż nie wierząc w to, co przeżyliśmy tej nocy. Trzy godziny w poczekalni i wreszcie upragniony pociąg do domu. Brak snu czy jakiegokolwiek odpoczynku przez dwa ostatnie dni zrobił swoje. Już chwilę po wejściu do przedziału smacznie spaliśmy, budzeni co jakiś czas przez nadgorliwego konduktora. Później jeszcze tylko przesiadka we Wrocławiu i tak ok. 15-tej byliśmy już domu. Zmęczeni i niewyspani, ale świadomi przeżycia jednych z najmilszych i najbardziej ekscytujących chwil w swoim życiu. 

18 maja. Po sześciu dniach nabrałem już pewnego dystansu do gdańskiego występu. Oto wujące wnioski. Mimo wszelkich problemów (tak technicznych jak i organizacyjnych), niewielkiej publiczności, zaliczam koncert do wyjątkowo(!) udanych. Ci, którzy tam byli, zobaczyli prawdziwe Christian Death (no, tak mi się przynajmniej wydaje). Widzieliśmy to, czego nie widzieli inni. Nie był to matrycowy i wręcz sterylny "live", taki jak z Cradle of Filth. Podejrzewam, że podczas zimowej trasy dali całą masę podobnych występów, a sobotni koncert był wyjątkowy. Właśnie wczoraj rozmawiałem na temat zespołu z moim kumplem, który, mimo że nie był w Gdańsku, wysunął trafne wnioski na ich temat. Stwierdził, że to jest kapela gotycka na miarę XXI wieku. Nie jakieś tam popłuczyny po Sisters of Mercy, ale grupa, która łączy przeszłość z przyszłością. To świetna kompilacja pierwotnego punkowego brudu i swoistego klimatu, który się "nie przejadł". Christian Death to zespół wciąż kreatywny. W przeciwieństwie do innych "legend" tego nurtu, nie odcina jeszcze kuponów, przeciwnie wciąż robią coś nowego. Szkoda tylko, że przekonać o tym mogli się jedynie nieliczni. Bo płyty Krystjanów, to tylko jedna strona medalu, dla mnie zdecydowanie ważniejsze są "live-shows"... 

Specjalne podziękowania dla Tomka "Podola" Podoleckiego, Jacka, Rafała i dla wszystkich zwiiązanych z Conquer Records. Pozdrowienia dla Anki z "Rudego Kota".

Betrayal

Zdjęcia z Gdańska