Kraków (02.12.2000)


Drugi grudzień 2000 roku był dla niektórych dniem spełnienia muzycznych marzeń... Cradle Of Filth i Christian Death na jednej scenie… Dwa zespoły, dwie żywe, kultowe legendy nie powinny chyba... aaa zresztą, nie będę się cackał, zespół Valora wolałbym zobaczyć jako gwiazdę, a nie support, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma. 
Jak to wszystko wyglądało z perspektywy fana... Po dwóch godzinach przepychanek pod Klubem 38 udało mi się wreszcie dostać do środka. Ci, którzy byli na koncercie, pamiętają pewnie, jak cała sprawa wyglądała. (Nie jeden wygłaszał „soczyste” i zdecydowanie niecenzuralne opinie na temat organizatora...) Prawie dwa tysiące osób i dwie „brameczki” – czy potrzebny jest jeszcze jakiś komentarz? 
Dwie godziny przepychanek, ale jakimś cudem znalazłem się w środku... Behemoth już na dobre rozkręcił metalowe towarzystwo. Baaardzo ładny początek... 

Później Usurper... Hm... Gdzieś przeczytałem, że była to „niesamowita death – blackowa jazda”, nic nie dodam, no może poza tym, że w moim osobistym odczuciu był to shit jakich mało!!! Ich występ był świetną okazją na stoczenie batalii pod szatnią i zapoznaniem się z barem... 
Chwila przerwy... Ktoś przystroił statywy krzyżami z kwiatów. Na rockmetalowym „prześcieradełku” w tle sceny wyświetlono logo Christian Death, wszystko dopełniono „Betrayal’em” - pierwszym utworem z „Born Again anti Christian”. Spokojny i zrównoważony klimat, gwałtownie przepędzony przez agresywny kawałek „Dead Sorry”, którym Valor, i spółka rozpoczęli występ. Muzycy ubrani w "panterki" armii amerykańskiej... 

Po kolejnych utworach Maitri najwyraźniej zrobiło się gorąco, najpierw zamieniła moro na skórzany płaszcz, by przy utworze „Fucking In Slow Motion” paradować już tylko w seksownym body, co rzecz jasna dodatkowo rozkręciło męską część publiczności. Valor także wyraźnie się rozluźnił, biegał, skakał, szalał, oblewał ludzi wodą... 

Zespół niestety koncert potraktował promocyjnie, nie zagrał żadnego ze swoich hiciorów, takich jak np. „Sick Of Love”, “This Is Heresy” czy “Church Of No Return”, mogliśmy usłyszeć jedynie materiał z najnowszej płyty.

Myślę, że jedynym minusem koncertu, była trochę niemrawa publiczność. Jak na każdym koncercie nie zabrakło zadziornej i prymitywnej metalowej „elity”, która oszczędziła grupie kretyńskich docinek dopiero, gdy ujrzeli kawałek kobiecego ciała... Ale nie można narzekać, po występnie można było usłyszeć gdzieniegdzie nieśmiałe skandowanie CHRI – STIAN – DEATH, co jednak nie przyniosło wymiernych efektów w postaci bisu. Zebrani najwyraźniej oszczędzali siły przed występem gwiazdy - CRADLE OF FILTH – oj, a było na co oszczędzać, było. Koncert życzeń, koncert życzeń!!!

Betrayal